You are currently browsing the category archive for the ‘Historia choroby’ category.

Wczorajszy SMS od Kasi: Mam tlen podłączony do nosa. Jutro rano będą mi robić punkcję płuc i talkowanie. A w środę/czwartek – operacja. Pan chirurg b. miły i dobrze mówi po angielsku.

Dzisiaj Kasia już jest po zabiegu, odpoczywa i odzyskuje siły.

Mąż

Zaczął się tak se. W ogóle większość moich dni zaczyna się w najlepszym przypadku tak se.

Ale pomyślałam, że skoro namakanie w wannie skutkuje i odświeża przed snem, to może jakoś przywróci mi przytomność i upragnione zwiotczenie mięśni pleców także i po nocnych wysiłkach. Tak, musicie wiedzieć, że noc to cykl wysiłków, sennych lub nie. Obojętne w jakiej pozycji się układam, rano jestem tak pospinana, że aż niemiło.

Teoria ładnie się sprawdziła, godzinka w wannie przyniosła znakomity efekt. Byłam dziś w stanie z przyjemnością posiedzieć (no, poleżeć) przy laptopie kilka godzin, co mi się nie przydarzyło od… najstarsi górale nie pamiętają kiedy.

Wczoraj na imieniny od pani Basi dostałam poduszkę – Kubusia Puchatka :] Pani Basia stwierdziła, że tutaj to jestem dzieckiem i będą mnie traktować jak dziecko. Deal :) Kubusia Puchatka lubię.

Dostałam przemiły, wzruszający prezent – niespodziankę :) Na spotkaniu klasowym część mojej starej (tak, tak, jesteście starzy – już po trzydziestce :P) klasy, plus wychowawczyni, zorganizowała studio nagrań i zmontowała film ze swoimi przemiłymi facjatami, które się do mnię cudnie uśmiechają. Bohaterowie filmu wygłaszają serdeczne kwestie (nie wszystkie dobrze słychać, bo muzyka i knajpa i w ogóle, ale i tak wiem o co chodzi – że mnie bardzo kochacie i zachęcacie do zdrowienia ;) ).

Bardzo się wzruszyłam, ogłaszam, że nie mam nic przeciwko takim niespodziankom. Mogę je brać na kilogramy :)

W nocy spadł śnieg. Jest koło sera stopni. Chce mi się spać, bo ostatnią noc zaniedbałam pod tym względem. I mam do wypicia herbatę z mlekiem. A na potem – homarka. Mama zakupiła dziś zwierza, ugotowała (nawybrzydzała się przy tym co nie miara), no i wydłubałyśmy z niego części jadalne (mało oszczędnie, ale co tam). Jeszcze na mnie połówka czeka :)

Pani Basia kazała mi Tyverb odstawić, bo może to on mnie tak bardzo osłabia, a do poniedziałku to w sumie nie ma znaczenia czy go łykam, czy nie. Otóż myliła się: dla mnie ma to ogromne znaczenie, czy muszę rano łyknąć dodatkowe 5 tablet i fakt, że NIE muszę jest świętem :)

Do szpitala pójdę jednak w niedzielę. Wszystko się zmienia z dnia na dzień…

A, i zapomniałam napisać, że wyniki tomografii są podobne do poprzednich, czyli nie jest źle. Przynajmniej się potwór nie rozwinął.

Wróciłam ze spaceru. Czy Wy macie pojęcie jak ekstremalna jest wyprawa dookoła dwóch bloków i wejście na drugie piętro? Odczuwam skutki choroby wysokościowej. Walnę sobie najlepszą terapię – herbatkę z mlekiem i łóżeczko. Herbatkę zrobi, oczywiście, mamusia, no a do łóżeczka to już walnę się sama wspomagana siłą grawitacji.

W związku w tym, że poszczególne części mojego organizmu biorące udział w chorowaniu zaczynają protestować coraz poważniej, podjęte zostały następujące decyzje:

Pani Basia po konsultacjach u 3 chirurgów usłyszała, że „jest to do wycięcia”. Ten świntuch w brzuchu, znaczy się. Wczoraj, a zwłaszcza przedwczoraj czułam się tak słabo i kiepsko, i tak ciężko mi się oddychało, że stwierdzono – nie ma na co czekać. W ramach przygotowań do potencjalnej operacji jutro, prawdopodobnie, idę do szpitala na odciąganie płynu z płuc i talkowanie. To taki zabieg żeby się w płucach płyn nie tworzył. Następnie jakaś sonda do nerki i coś tam i coś tam, no i może za jakiś tydzień, dwa – operacja. Jeśli się będę nadawać.

Żeby Was nieco wprowadzić w stronę finansową całego przedsięwzięcia, powiem Wam, że koszty tylko przygotowania oszacowano na ok 22 tys. EUR. Niemało, oj, niemało… A podobno dopiero po operacji będzie za co płacić.

Tak więc sami widzicie – zbieramy dutki dalej :)

(Mama mnie co chwilę dobudza, bo przysypiam nad laptopem…)

Do szpitala komputera chyba nie wezmę – wątpię, żebym miała siłę się tam wpiąć do sieci, nie mówiąc o pisaniu relacji. Zależnie od rozwoju sytuacji albo laptopa potem sprowadzę, albo nie, albo mój mąż może wrzuci jakąś krótką notkę… Się zobaczy.

Wszystkich mających plany wycieczkowe i nie tylko, związane z Paryżem, zapraszam :] Odwiedzinami nie pogardzę, o ile będę na tyle świadoma, że zdam sobie z nich sprawę.

PS

Przed chwilą próbowałyśmy z mamą oglądać Kasię i Tomka. Eeeee, nudy na pudy. Wytrwałyśmy 1,5 odcinka ;)

Wczoraj pobrali mi krew. Do kilkunastu ampułek! Chyba całą ze mnie wypompowali…

W chwili obecnej trwa narada z chirurgiem, między innymi, nad tym co ze mną zrobić. Dowiem się po południu jaki jest dalszy gryplan.

A tymczasem czuję się niezgorzej i nawet… planujemy z mężem wypad, do jutra, nad morze :) Pomimo, że leje i wieje. Tak mnie naszła ochota :) Odległość do przyjęcia, bo jakieś 200, 250km. Znalazłam miejsce do którego warto się udać – Étretat.

 

A teraz informacje na temat akcji KOPR :)

Otóż dobroć serc Waszych przekroczyła nasze oczekiwania po wielokroć. Do tej pory na koncie Caritas zebraliśmy sumę 333 800 PLN!!!

To nie znaczy, że nie zbieramy dalej – nie wiadomo ile tak naprawdę pieniędzy będzie trzeba, to zależy od postępów i wyników leczenia. Akcja trwa więc cały czas. Niemniej jednak tempo napływu funduszy jest oszałamiające i to dzięki Wam!

Dziękuję, dziękuję, dziękuję…

Archiwum

Statystyki

  • 584,109 hits

Wpisz swój adres e-mail, żeby otrzymywać powiadomienia o najnowszych wieściach :)

Dołącz do 69 obserwujących.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 69 obserwujących.