Tak nazwałam wpis, bo „operacja” brzmi groźnie, przecież. A nikogo nie chcemy tu, broń Panie Boże, straszyć!

Koniec lipca.

Stawiam się w szpitalu na interwencję chirurgiczną, szczęśliwa, że na termin nie trzeba czekać. Jestem przeświadczona, że wytną co trzeba i będzie z głowy. Ładują mnie na dwuosobową salę z panią Wandzią.

„Dzień dobry, jestem taka a taka, miło mi poznać.”

„Ja Wanda jestem. Co będą robić?”

Trzeba Wam wiedzieć, że w szpitalach pacjenci przedstawiają się historią chorby, nie rodziny. Stajesz się pełnoprawnym członkiem społeczności, kiedy już opowiesz dokładnie co Ci dolega i co z Tobą robią. Że Ania, Zosia, Jadwisia? A kogo to obchodzi. Ważne, że też masz raka.

„Rak jelit. Będą mi go wycinać.”

„No patrz,” mówi pani Wandzia do córki. „Ma raka i się uśmiecha!”

Pani Wandzia też ma potwora w trzewiach, tylko nie wiadomo gdzie – nie mogą się doszukać guza pierwotnego.

Z czasem zaprzyjaźniamy się. „Z czasem” – czytaj „w dwa dni”, bo tyle czasu trzeba żeby się w szpitalnych warunkach zaprzyjaźnić z co fajniejszymi – ze współczynnikiem narzekania niższym niż polska średnia – towarzyszkami.

Mój nastrój podnosi panią Wandzię na duchu.

Dzień przed operacją piję fleet – to takie świństwo na oczyszczenie jelit. Szklanka rano, szklanka wieczorem, a w międzyczasie długie rozmyślania w świątyni dumania. I tak dobrze, bo przed kolonoskopią polecili mi fortrans – a ten syf, o smaku chemicznie udoskonalonego, acz mocno przeterminowanego Vibovitu wymaga wypicia czterech litrów roztworu w ciągu czterech godzin! Po dwóch i pół (litra, nie godziny) chciało mi się już rzygać, a rzyganie mijałoby się z celem. W końcu nie tą stroną powinno się płyny wydalać. Dałam sobie spokój.

Na następny dzień – cewnikowanie. Niemiłe, niemiłe, zwłaszcza bez znieczulenia (wiadomo – oszczędności) i kiedy zajmuje się tym praktykant. Grzebał mi w trzewiach tak intensywnie, że obawiałam się o wszystkie narządy wewnętrzne naraz, włączając w to również tak odległe galaktyki jak gardło.

Powtórka z rozrywki na sali operacyjnej. Znieczulenie w kręgosłup. Grzebie mi młoda kobitka między kręgami i na głos się skarży, że nie może trafić. A mnie się zimno robi nie tylko od temperatury w sali operacyjnej (która jest zabójczo niska), ale i od obrazów podsuwanych przez wyobraźnię, kiedy czuję skrobanie igły po moich kręgach, między którymi wije się (tak, wije, bo mam skoliozę) nić życia. A przynajmniej życia W RUCHU. W końcu jakaś litościwa pani doktor pomaga młodej i igła wchodzi tam gdzie trzeba. Poruszam palcami u stóp – uff, działają.

Kładą mnie na stół. Jestem w sumie podekscytowana, bo to pierwszy mój pobyt w szpitalu – wcześniej byłam tylko na pogotowiu, kiedy mi montowali gips tu i ówdzie.

Anestezjolog pyta:

„Pani z NFZ, czy prywatnie?”

„Z NFZ…”

„A-a-a, kotki dwa…”😉

Żart.

Zakładają mi maseczkę i każą liczyć do 10. Po „2” budzę się w sali pooperacyjnej. Nic mnie nie boli i jest mi wesoło. Cool.

Mama opowiada następnego dnia, że gadałam o operacji, w kółko to samo, przysypiając w międzyczasie, i bardzo mnie wszystko śmieszyło. Ot i błogosławione działanie głupiego jasia.

Tak przeszłam przez wycinanie guza, cały czas wierząc, że to tylko tyle i będę „back to normal life”.

Wkrótce miało się to okazać jedynie przyjemnym złudzeniem, nieprzyjemnie rozwianym.