Zaczyna się tak:

Jesteś przeciętnym (lub z jakiegoś powodu nieprzeciętnym) obywatelem naszego pięknego kraju pól, miedz, lasów i takich tam. Jesteś przed trzydziestką i wydaje Ci się, że kłopoty zdrowotne przytrafiają się innym – starym, lub… no po prostu innym. Jesteś aktywny – wspinasz się, żeglujesz, świetnie jeździsz na nartach, organizujesz wyprawy w wysokie góry… nie przymierzając – młody bóg.

Pewnego dnia zaczynają się problemy (to jeszcze pół biedy, jeśli się zaczynają – taki nowotwór trzustki ani się zająknie, że zajął jakiś lokal w Twoim młodym, wysportowanym ciele). Siedzisz na sedesie po raz piąty od rana i myślisz, że Ci się jakieś głupie, pospolite zaparcie przytrafiło. No nic, ludzka rzecz. Ale kiedy po kilku dniach problemy zamiast znikać, mnożą się, myślisz: „What the f***?” (albo jakąś kulturalniejszą wersję tegoż pytania).

W końcu, zaniepokojony objawami, które serwuje Ci Twój organizm, idziesz do lekarza. Prywatnego, jeśli Ci zakład pracy sponsoruje (tak jak mnie), albo publicznego. To nie ma większego znaczenia, bo w przeważającej mierze są to ci sami lekarze.

Lekarz każe zrobić badania takie i owakie, żeby wykluczyć najgorsze opcje. Tak właśnie; do samego ślepego zaułka diagnozy jedynie wykluczamy najgorsze opcje.

No więc robisz te badania i wykluczasz. Sęk tylko w tym, że wykluczają się wszystkie te, o które miałeś nadzieję zahaczyć: zespół jelita nadwrażliwego, zatrucie, wysyp grzybów – różne świństwa, które są niczym w porównaniu z opcjami najgorszymi.

Pole badań zawęża się. Kolonoskopia objawia guza rozmiaru kilku centymetrów.

Próbki pobrano, wysłano do analizy histopatologicznej. Lekarz pociesza, że może to guz niezłośliwy, że operacyjnie się usunie i będzie okej.

Aż wreszcie nadchodzi ten dzień, kiedy trzymasz karteczkę z diagnozą w nieco trzęsącej się dłoni i już wiesz (głównie z poszukiwań w Internecie) co oznacza adenocarcinoma i reszta mądrych, łacińskich słów. Jeśli jesteś człowiekiem o kondycji psychicznej podobnej do mojej, to tylko trzęsie Ci się ręka, a mózg już racjonalizuje i układa plan działania. Jeśli nie masz tego szczęścia, rozklejasz się, wpadasz w depresję i panikujesz. Potem pomogą Ci onkopsycholodzy, ale póki co, jesteś z tym sam i świat właśnie zwalił Ci się na głowę. Pocieszeniem może być jedynie fakt, że to… normalne.

No w każdym razie kiedy wali się świat, człowiek ma prawo się przestraszyć, chyba że jest super-hero. Jak ja😉

To jest właśnie ten moment, w którym przestajesz być zwykłym, przeciętnym obywatelem. Stajesz się… nie, nie ofiarą losu, nie biednym pokrzywdzonym przez Fortunę, ale tytanem i wojownikiem. Od tej chwili niesiesz na barkach ciężar, przy którym opowiadania Twoich przyjaciół o głupim szefie, czy zepsutej pralce bledną i stają się mało znaczące.

Od Ciebie jedynie zależy, czy usiądziesz na tyłku, opuścisz ręce i powiesz „poddaję się”, czy też oprawisz się w zbroję, weźmiesz do ręki miecz (albo karabin maszynowy – kwestia upodobań) i krzykniesz „po moim trupie!” (co poniekąd może się wydarzyć, ale póki co, nie obchodzi Cię niezbadana przyszłość).

Żyjesz tu i teraz i nie wolno Ci kłaść się do trumny, kiedy ptaki nadal śpiewają przed Twoimi oknami…