Leżę. Nie boli, bo mam igłę między kręgami i specjalna automatyczna strzykawa pompuje mi środek znieczulający. Mam na brzuchu linię cięcia jak po cesarce. No, trochę dłuższą. I dwa dreny (takie plastikowe rurki odsączające płyny – wystają mi z podbrzusza i są na nie nałożone woreczki, żeby się po skórze nie lało).

Dowiaduję się wstępnie, że jestem o 22 cm jelita lżejsza. Dobrze, że jelitowa końcówka pozostała na swoim miejscu i nie muszę nosić stomii. To by mnie nie ucieszyło.

Sąsiad – pan Józek, górol. Po pięćdziesiątce. Kilka dni później pytałam co mu wycinali, on pomacał się po brzuchu i mówi: „Aaaa nie wiem. Coś tak tego tutaj…”😀 A to był rak żołądka. Lekarz mi powiedział.

Jest noc. Pan Józek jęczy i mnie to wkurza. Mówię:

„Panie Józiu, jak już pan spać nie może, to odmawiamy różaniec.”

No i odmawiamy. Pan Józio ma głos tak przepalony papierochami, że tylko chrypi. Ale odmawia. Potem przestaje jęczeć i chyba udaje mi się zdrzemnąć na jakieś 2 godziny.

Na chirurgii siostry budzą o 5 rano! Na, uwaga, MIERZENIE TEMPERATURY. Uważam osobiście, że to przestępstwo. Ale z racji swego stanu nie mam na to wpływu. Torturze jestem poddawana regularnie, z iście sadystyczną punktualnością.

Nie jem. Mam tylko kroplówy.

Następnego dnia – wylot z izolatki. Ląduję na normalnej sali z panią Marysią – moim najgorszym szpitalnym koszmarem. Ja myślę, że ona może i jest miła, ale wtedy, gdybym miała siły, to bym ją udusiła gołymi rękami.

Odpinają mnie od strzykawy, bo mi noga drętwieje. Nie boli, tylko jak napinam mięśnie brzucha.

Późnym wieczorem drzemię. Spaniem tego nie nazwę w imię prawdy obiektywnej. O drugiej w nocy przywożą panią Marysię z dializy. No i zaczyna się. Najpierw opowieść jak to było na dializie. Mało mnie to obchodzi, ale przez chwilę słucham, półprzytomna. W końcu, kiedy domyślam się, że samoczynny koniec może nie nastąpić do białego rana, sugeruję delikatnie, że może odłożymy rozmowę na później. Bez skutku. Sugeruję więc mniej delikatnie, mówiąc, że chcę spać, a przez nią nie mogę. No to przestaje mówić do mnie, za to zaczyna do siebie. To już jest ten etap, na którym pozwalam dojrzewać myślom morderczym.

Opowieść kończy się na klapeczkach, które pani Marysi ktoś ukradł w poprzednim szpitalu. Ja myślę, że ona je po prostu zgubiła, bo, na litość Boską, kto kradnie kapcie w szpitalu?! No ale ona doprowadza się do katastrofy emocjonalnej z tęsknoty za ślicznymi, nowiutkimi klapeczkami, i zaczyna łkać. Wtedy zaczynam mieć myśli nie mordercze, ale samobójcze. Na szczęście (tak mi się, przynajmniej, na razie wydaje) płacz ma to do siebie, że usypia. No więc pani Marysia usypia.

I wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar.

Pani Marysia jest, jakby to rzec, symetryczna. Szerokośc ma mniej więcej porównywalną do wysokości. To powoduje, że kiedy jej głowa, spoczywająca na spiętrzonych poduszkach, przytula się do jej imponującej piersi, odgłosy jakie przedostają się przez jej tchawicę mrożą krew w żyłach. To nie jest zwykłe chrapanie. To kwik rozpaczy zarzynanego w nieludzki sposób prosiaka z astmą oskrzelową (czy prosiaki mogą w ogóle chorować na coś takiego?).

Nie śpię całą noc. Rano moja towarzyszka budzi się i zaczyna jęczeć jak to ona się nie wyspała. Mam ochotę… ukraść jej klapeczki. Żeby się zapłakała na śmierć.

Opatrzność czuwa jednak nade mną, bo kiedy przychodzi ordynator na obchód, pani Marysia akurat drzemie. On przygląda jej się, a jego brew wędruje w górę. Im dłużej jej się przygląda (i przysłuchuje) tym wyżej jest ta brew. W końcu pyta:

„Ona tak ciągle…?”

„Tak. Bez przerwy.”

„Pani XY, niech się pani obudzi!” Potrząsa ją za ramię. „Potwornie pani chrapie!”

„A, panie doktorze, to astma,” tłumaczy pani Maria.

„Nie żadna astma, tylko tłuszczyk!”

Ten ordynator to jest jednak fajny gość. Przeniósł mnie na inną salę.

SAFETY RULE: BE SURE OF YOUR TARGET…

I WAS!