Pierwszy sierpnia 2009, czwarty dzień po operacji, trzeci „na trzeźwo”. Temperatura zabójcza, okna mamy od wschodniej strony.

(Zaczyna się jak w Wołoszańskim, co nieeee?) 8)

A propos tytułu – nie, nie chodzi o kryzys psychiczny, tylko pooperacyjny. Znacie tę regułę, że jak się jedzie na narty, to jest kryzys trzeciego dnia? No, dokładnie tak samo jest w szpitalu. Męczący sport😉

Jestem na sali z Ulą. Nie pytam o wiek, ale jest zbliżony do mojego. Wycinali jej wyrostek robaczkowy. Boże, jak ja bym chciała tu być tylko na wyrostek…

Ula jest kochana. I mama też jest kochana. Siedzi przy mnie cały dzień prawie (z przerwą na obiad) i trzyma mnie za rękę. Bo dziś czuję się źle. Jest mi niedobrze, jak wstaję (a pan doktor od wczoraj każe mi kaszleć – boli jak sk….syn – i wstawać), to wymiotuję. Niefajne, bo nie mam czym. Pomijając fakt, że to niefajne ze swej natury.

Więc potem już nie wstaję.

I chyba po raz pierwszy w życiu mówię mamie otwarcie, że jest kochana.

Z tym wstawaniem to jest ciekawa rzecz – trzeba ruszać łydkami. Bo tak pracują mięśnie i żyły w łydkach, że jak się nie uciska jednych drugimi (domyślcie się co uciska co), to krew w żyłach się rozleniwia i przestaje się ruszać wystarczająco żwawo. I dochodzi do zakrzepicy. Dlatego lekarze tak naciskają, żeby szybko po operacji wstawać, albo przynajmniej ćwiczyć nogi, kiedy leży się w łóżku.

No więc wczoraj już wstawałam, a dziś leżę. Zaczyna też boleć – tak trochę, da się znieść. Wieczorem jest ciężko, bo z jednej strony jestem wykończona i poszłabym spać, a  z drugiej strony mam dość leżenia na plecach i ból jest na tyle dokuczliwy, że spać nie mogę.

Siostra podaje mi standardowo jeden ketonal (strzykawa w wenflon). Po 2 godzinach – kolejny. Po następnych dwóch, koło północy, przynosi jeszcze, na moją prośbę, dolargan. Mówi, że więcej mi nie da, bo następnego dnia zamienię się w zombi. Nie chcę, oczywiście, w nic się zamieniać, więc nie dzwonię po nią więcej. A jedyny skutek leków jest taki, że nie boli mnie w jednym miejscu, tylko jakoś wszędzie i nigdzie. Ale dyskomfort jest i spać dalej nie mogę.

Gadamy z Ulą. Jakoś tak jest z tymi szpitalnymi rozmowami, że od razu po przedstawieniu siebie (i, nie zapominajmy, historii choroby) przechodzi się do kwestii bardzo intymnych, bolesnych, wstydliwych… Więc rozmawiamy bardzo szczerze. Dowiaduję się o niedawnych okropnych przeżyciach Uli (zostawię je dla siebie), o tym co robi w życiu, jakie ma plany… Obie nie możemy zasnąć.

Ula siada więc na krzesełku obok mnie i siedzi tak ze mną do rana.

Czasem sobie nawet myślę, że dla takich momentów, dla takich doświadczeń ludzkiej dobroci, warto iść do szpitala😉

Rano odkleja mi się lekko jeden woreczek od drenu, przyklejony do pachwiny. Przyklejam go symbolicznie z powrotem – już się nie będzie trzymał – i przyciskam chusteczką do nosa, żeby mi się nie lało na piżamę. Wzywam siostrę.

„No, gdzie się odkleiło?”

Siostry na chirurgii (na TEJ chirurgii) są niezwykłe. 10 godzin zasuwania przy najróżniejszych przypadkach i zero tumiwisizmu, złości, nerwów. (Żądam podwyżek dla pielęgniarek na chirurgii! :))

No ale ta siostra jest teraz zmęczona i nieco nerwowa.

Pokazuję jej miejsce i podważam lekko plaster żeby widziała gdzie się odkleiło.

A ona : „No jak pani sobie tak robi, to nie dziwne, że się odkleja!”

To wtedy ja się wkurzyłam.

„A pani myśli, że ja nie mam co robić, tylko odklejam sobie plastry, żeby sobie piżamę zapaskudzić i wam zrobić na złość?!”

Zmieniła mi woreczek.

I to była chyba jedyna utarczka (i to drobniutka) z personelem na chirurgii. Potem jeszcze pouczałam ordynatora, ale o tym będzie w następnym odcinku😉