Nadal nie jem. To już 6 dzień bez jedzenia przyjmowanego doustnie (1 przed operacja, operacja, no i 4 dni po). Oj, jakbym się chociaż wody napiła!

Czuję się lepiej, odsypiam, więc dzień mija mi względnie szybko. Upał nie do zniesienia. Tato przynosi mi mały wiatraczek i wiesza nad głową na wysięgniku do kroplówek. Ordynator (jestem na „jego” sali) zmusza mnie do wstawania. No więc wstaję i wędruję po korytarzu z balkonikiem i z workiem od cewnika. Powoli się rozkręcam.

Mam za duże piżamy i koszulki nocne. Żeby było się łatwiej przebierać z tym całym sprzętem i żeby mnie gumki nie gniotły w ranę.

Codziennie od dziś (bo przedtem ordynator fatygował się do mnie) siostry wzywają mnie do pokoju zabiegowego i pan doktor zmienia mi opatrunek. Czytaj – obdziera mnie żywcem ze skóry i depiluje wszystko, co kiedykolwiek rosło mi na brzuchu. Podskakuję z bólu, a on – żebym spokojnie leżałą, bo mu utrudniam robotę.

No to ja mu tłumaczę:

„Panie doktorze. Proszę sobie wyobrazić, tak dla treningu, że nie jestem manekinem, tylko żywym pacjentem i że mnie to boli jak diabli.”

„No ale przecież muszę to zmienić!” Denerwuje się ordynator.

„Owszem, rozumiem, ale można to zrobić w innym stylu. Patrzy pan, o tak.” I zaczynam odklejać sobie opatrunek od góry.

A on: „No i co za różnica?”

„A głaskał pan kiedyś kota pod włos? No to taka różnica. Na przyszłość proszę zapamiętać: ściągamy opatrunek tak, jak głaszczemy kota – Z WŁOSEM.”

Następnego dnia mnie pyta: „To jak to miało być? Do góry? Na dół?”

„Z WŁOSEM!”

„No dobrze, dobrze, zapamiętam…”

Zapamiętał.

Poza tym pan doktor, który do tej pory wydawał mi się mrukliwy i, ekhem, „dosadny” w swych rozmowach z pacjentami, a już tym bardziej z pielęgniarkami, popisał się poczuciem humoru.

Każdego dnia przy zmianie opatrunków wyciąga mi dreny po kawałku i odcina tak po centymetrze. Tym razem patrzę, a tu w drenie spora, owalna dziura. Pytam czy tak ma być, czy się zrobiło.

Ordynator: „A, widocznie się pani podziurawiło tu i ówdzie…”

No ale skoro jego to nie martwi, myślę sobie, że nic groźnego.

I wtedy on rzuca mi spojrzenie mówiące „ej, głuptasie” i prycha ze śmiechem: „No przecież dreny mają specjalnie takie dziury!”

Od tej pory bardzo się lubimy. Pan ordynator przychodzi do mojej sali i opowiada mi zabawne historie… Jedna będzie w następnym odcinku :]