Mijają dni. Siłą rzeczy i zgodnie z przyrodzonym im kierunkiem, jest coraz lepiej. Ula mnie opuszcza, zostawiając mi dla zastąpienia swej uroczej obecności medalik ze św. Benedyktem. Sprawdzam specjalizację rzeczonego i… mina mi rzednie. Patron dobrej śmierci. No masz!

Myślę sobie, że niech będzie i tak. Wszystko jest kwestią założeń. Za dobrą śmierć przyjmijmy taką mocno po osiemdziesiątce😉

Chodzę z tatusiem na spacerki po parkingu, w tiulowym szlafroczku do połowy ud (wyglądam jak retro-zjawa w różowych koronkach). Noszę szeroki elastyczny pas na brzuchu, żeby mi się flaki nie rozpruły.

W końcu nadchodzi błogosławiony dzień, kiedy ordynator pozwala mi wypróbować mój połatany przewód pokarmowy. Rano rzucam się łapczywie na obrzydliwy kleik, który przechodzi przez gardło jak boska ambrozja. Wchłaniam ponad połowę, po czym niemal od razu oddaję hołd bóstwom kanalizacji, zwracając wszystko w toń muszli klozetowej.

Ale i tak mi fajnie :]

Odwiedza mnie Pan Józio – wyciągnęli mu sondę żołądkową z nosa i też zjadł kleik na śniadanie. Mówię, że paskudztwo, a on:

„No, tym kleikiem to by se mogli tu łokna uszczelniać…”

Pytam ordynatora, czy na obiad mogę maminy rosołek…

Oto jego odpowiedź:

„Jak byłem na studiach, mieliśmy zajęcia z chorób wewnętrznych. Prowadził je taki starej daty profesor – co on Oświęcim przeszedł. Cudacznie się trochę ubierał, różowe koszulki i takie tam, ale mniejsza… No i na jednym wykladzie z dietetyki mówi nam tak: Proszę państwa! Otóż najzdrowsza dla pacjenta jest… wołowina. A nie, jak to u mnie na oddziale robią. Rodzinka rosołek ugotuje, całe mięso zje, a potem mi z tą brudną wodą po Kopernika latają…”😀

Ordynator zgodził się na rosołek, ale pod warunkiem, że „z wkładką”. Polecił tylko, żeby wszystko było przetarte na papkę.

Ten rosół to była chyba najpyszniejsza rzecz w moim życiu.

Zdjęli mi ten przeklęty cewnik. Roznosi mnie. Panie mnie straszą, że brzuch to się pół roku zrasta. No, może u innych się zrasta. Ja mam w nosie. U mnie zrośnie się szybciej. O!