Tendencja zwyżkowa. Wracam do formy szybciutko, sadełka nie mam, więc wszystko się ładnie goi.

Chyba przedostatniego dnia pobytu w szpitalu (będzie to ósmy po operacji), tato przebąkuje coś o zmianach na wątrobie – ordynator mu powiedział na korytarzu.

Ordynator, kiedy się go pytam o sprawę, wkurza się na tatę, bo miał mi nie mówić, żeby mnie nie denerwować, bo ja mam się teraz zbierać po operacji. Ja mu tłumaczę, że tak czy owak dobrze się zbieram i mogę wziąć na klatę jeszcze trochę…

Doktor mówi więc, choć niechętnie, że wyczuł zgrubienia w wątrobie i usunął jeden niewielki naciek z zewnatrz. Wysłał na hispat.

Następnego dnia – wizyta pana ordynatora z onkologii. Już czuję pismo nosem i zbieram się w sobie na kolejne uderzenie losu.

„Ma pani przerzuty na wątrobie, wyznaczyłem pani najwcześniejszy możliwy termin przyjęcia na nasz oddział – 24 września.”

„No ale jak całość wygląda? Chcę znać powagę sytuacji.”

Ordynator jest poirytowany. Później się nauczę, że często jest poirytowany  (inna sprawa, że ma powody) i że moje dość niesztampowe pytania niepokojąco pogłębiają ten stan.

„Choroba jest zaawansowana. Niewiele więcej mogę pani powiedzieć. Będziemy panią leczyć.”

Wstał i poszedł.

Tak mniej więcej wygląda przyjazne wprowadzanie pacjenta w nowe życie, nierozerwalnie związane ze szpitalem. Trochę jak z tym posłańcem od złych wieści, którego uroczo przedstawia Jaś Fasola:

http://www.youtube.com/watch?v=D9Ei_hTwjAo   (Jeśli komuś zrozumienie sprawia kłopoty, to można gdzieś tam znaleźć wersję z angielskimi napisami).

Procedura jest prosta: podrzucamy niusa i szybko zwiewamy, żeby nie musieć oglądać reakcji i udzielać przykrych odpowiedzi na potencjalnie rozpaczliwe pytania😉

Nie było lekko i miło – to jasne, ale pozbierałam się do kupy (no, wieczorem trochę popłakałam mamie w rękaw – muszę się do tego przyznać). Na drugi dzień, w piżamie, schodzę piętro niżej na konsultacje do ordynatora onkologii. Czekam grzecznie w kolejce, bo pan doktor zajęty gość i interesantów ma mnóstwo.

W końcu wchodzę i już widzę tę minę na miłej, skądinąd (tak to się pisze?), twarzy ordynatora, mówiącą „Oh my God, znowu będę musiał odpowiadać na pytania i zapewne nie wykręcę się jednym zdaniem.”

Ma rację. Mam na kartce listę pytań dotyczących choroby, bo jeszcze nie miałam czasu skonsultować się ze specjalistą Googlem i jeszcze nie mam domowego wykształcenia onkologicznego.

Doktor próbuje sie wywinąć jak najkrótszymi tekstami i ogólnie pozbyć się mnie. Nie daję się, wychodząc z założenia, że same tendencje nie są śmiercionośne, a na rękoczyny się nie zanosi.

Dobijam biednego ordynatora ostatnim pytaniem:

„To ja jeszcze jedno bym chciała wiedzieć: czy jak mi włosy wypadną, to mogę sobie zrobić na głowie tatuaż?”

Spojrzenie szefa jest łatwe do odcyfrowania. Wyraża przekonanie: gadam z wariatką. „Uważam, że to absolutna głupota!”

„Ale pan tak zdrowotnie, czy ideologicznie?”

Pan doktor odpowiada, że jak się pompuje organizm chemią, to głupio mu dokładać. Rozumiem, przyjmuję, nie będę się tatuować.

„A w ogóle kto pani powiedział, że pani włosy wypadną?!”

Ja na to, że nie trzeba być omnibusem, żeby wiedzieć, że po niektórych lekach wypadają włosy. Nie mam tej pewności, ale założyłam taką możliwość. Jestem, kurna, dość inteligentna. W końcu nie tylko lekarze mają sprawnie działające mózgi, a brak wiedzy nie równa się kompletnej odporności na jej przyswajanie.

Koniec rozmowy.

Jeszcze następnego dnia moja teściowa dowiaduje się podczas konsultacji, że chciałam robić jakieś głupoty z tatuażem i chyba mam poważne problemy psychologiczne :]

Z czasem okazało się, że włosy mi nie wypadły. To bardzo dobrze.

Ale trochę mi żal tego tatuażu jednak :] To by było fajne coś!