Trafiam w końcu na onkologię.

Lekarze debatują jak by tu do mojego skorupiaka podejść. Wymyślili.

Przychodzi persona w niebieskim mundurku lekarskim i mówi, że chcą mnie leczyć takim nowym lekiem, co się Avastin nazywa. I tylko problem powstał, że to nie jest terapia standardowa i trzeba z wnioskiem do NFZ wystąpić. I oni wystąpią, tylko że to do dwóch tygodni potrwa.

Mnie oczy wyłażą z  wrażenia  – jak to, mam chorobę, która ani dnia nie może poczekać (tak mi się wtedy wydawało), a tu dwa tygodnie?! No nie, umrę przecież chyba… Wypisują mnie do domu.

Zaczynamy z rodzinką kombinować. Teściowa okazuję się błogosławionym logistykiem i sprawnym nękaczem, który nie lęka się srogiej ordynatorskiej miny. Tłumaczy szefowi, że podzwonimy, pogonimy i przyspieszymy, tylko żeby powiedział którędy te wnioski idą.

No więc idą tak: lekarze – management szpitala – dyrektor szpitala – konsultant wojewódzki – dyrektor szpitala – NFZ – management szpitala – lekarze. Uff.

Ordynator patrzy na nas z politowaniem i pyta: „I co; i będziecie tak gonić po wszystkich?”

Moja teściowa: „Oczywiście, że będziemy! Będziemy biegać wszędzie tam, gdzie jest szansa na przyspieszenie leczenia!”

I biega, dzielna kobietka. Management najpierw – młodzi ludzie przejęci chorobą równolatki obiecują, że tego samego dnia załatwią sprawę z dyrektorem i pismo wyjdzie ze szpitala. Dotrzymują słowa.

Jest  czwartek.

W piątek teściowa biegnie do konsultanta wojewódzkiego do szpitala na Śniadeckich. Pan doktor nie przyjmuje, bo jest na zwolnieniu zdrowotnym i przyszedł tylko zrobić kilka ważnych rzeczy. Nie podpisuje dziś żadnych chemii. Ale w końcu sekretarka, również ujęta moim tragicznym losem, biegnie do doktora i podtyka mu papiery pod nos. Doktor podpisuje. Zaraz potem papier zostaje wysłany faksem z powrotem do szpitala. Tam też jedzie mama.

Management wysyła z miejsca do NFZ i jeszcze przemiłe dziewczę dzwoni tam i prosi, żeby szybko rozpatrzyć ten wniosek, bo to pilne.

W poniedziałek jest decyzja.

We wtorek biorą mnie na leczenie.

Jak się chce, to się da, panie i panowie! Tylko ile się trzeba nachodzić…

Jak to mówią –  żeby chorować, to trzeba mieć końskie zdrowie.

PS

Żeby nie było niedomówień, podkreślę tylko, że nie było żadnego załatwiania po tak zwanych znajomościach. Nikt nie stracił, ja zyskałam. Bo obcy ludzie się przejęli i nagle ze zdumieniem stwierdzili, że nie jestem jedynie nazwiskiem na papierze, ale żywym (póki co) człowiekiem, którego zdrowie spoczywa w dużej mierze w ich rękach.