9 dni po operacji.

Każą mi ostatnio dmuchać w yyy, chyba spirometr. Taki połączone rurki z kulkami. Każda kulka ma inną średnicę. Na dole wężyk, przez który się dmucha i trzeba wszystkie kulki podnieść do samej góry. Ostatnia to mi tak do połowy podskakuje.

W końcu mój mąż bierze i próbuje – podskakują wszystkie.

Ja: „Daj. Mi też podskoczą!”

Nabieram powietrza ile wlezie – podskoczyły wszystkie :]

Ja to jednak mam gdzieś przycisk z napisem „wyzwanie”…

Jem. Jem, bo mogę.

Samo to już jest powodem do radości.

Ostatnia zmiana opatrunku – i fru do domu!

Nie pamiętam dobrze tamtych dni. Nic ciekawego się w nich nie działo. Pamiętam, że przykazano nie dźwigać za dużo i nie wysilać brzucha. Staram się, choć 2 miesiące po operacji wybieram się bez pasa elastycznego na brzuchu na 6-godzinną wycieczkę przez wąwóz Homole. Z mężem kochanym.

Ołłłłł, jak cudownie! Brzuch mnie trochę boli potem, ale czuję się najszczęśliwsza na świecie! I taka piękna pogoda…

Póżniej mówię lekarzom na onkologii, że byłam na wycieczce i chyba sobie brzuch naciągnęłam, ale macają, uciskają i nic podejrzanego nie wyczuwają, więc nie ma problemu.