Tak sobie pomyślałam, że wiele osób, czytając to, co piszę, wyobraża sobie, że kryję się za jakąś maską twardziela, a na co dzień wcale nie jest mi tak do śmiechu. Postanowiłam więc podjąć temat ciemnej strony mocy.

Czy istnieje? Z pewnością. Gdybym mogła, zrzekłabym się choroby z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale nie mogę, więc nie rozdzieram szat.

Dla mnie samej jest to mało zrozumiały mechanizm, ale mam wbudowany w mózg system odcinania zapłonu. Rozpacz nie leczy. Zabija. Odcinam ją więc i ilekroć najdą mnie jakieś smutkogenne myśli, zabieram się za coś, co te myśli odwróci.

Czasem stres (przeżywany głównie podświadomie) musi się uwolnić i wtedy pozwalam sobie na pół godziny płaczu😉 Tak raz na miesiąc, mniej więcej. Nie płaczę nad czymś konkretnym, po prostu na chwilę poddaję się, żeby napięcie ze mnie zeszło.

Czy się boję? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nie czuję choroby, więc śmierć jest dla mnie prawie taką samą abstrakcją, jaką była przed diagnozą. Za to pojawia się, w chwilach refleksji, uczucie żalu.

Bo żal byłoby zostawiać tych wszystkich, którzy są wokół; których kocham. Żal byłoby nie móc zrobić tych wszystkich rzeczy które mogłabym, chciałabym, w życiu zrobić.

Tak, czasem mi szkoda. Ale pora strachu chyba jeszcze nie nadeszła.

***

Mój potencjalny strach – chorego o zamgloną przyszłość –  to jeden z rodzajów strachu. Jest jeszcze drugi.

Powszechny strach przed chorobą, nastawienie tzw. opinii publicznej (zdrowej jej części), oparte są na mitach i wyobrażeniach. Te z kolei „mroczne pomioty wyobraźni” każą nam oddzielać świat żywych od świata chorych. To, co budzi nasz strach staramy się zamieść pod dywan i nie myśleć o tym, póki nie przyjdzie pora. A kiedy ta pora przychodzi i ze świata zdrowych zostajemy kopniakiem wypchnięci do świata chorych, to paraliżują nas zaszczepione lęki. Załamujemy się nie pod ciężarem samej choroby (w końcu rak nie rozwija się z dnia na dzień, ale często latami), tylko pod ciężarem WIEDZY o niej. A czymże jest ta karteczka z diagnozą? Niczym groźnym. Świadomość tego zjawiska bardzo mi pomogła na wczesnym etapie mierzenia się z moją nową sytuacją życiową.

***

Czy zadawałam sobie pytanie „dlaczego ja” ? Nie. Ani razu.

Choroby nie przychodzą „z powodu”. Choroby są naturalną konsekwencją istnienia zła na tym świecie. Są wynikiem mutacji, niedoskonałości, z których nieszczęśliwym prawem statystycznych wyjątków rozwija się czasem łańcuch lokalnych katastrof prowadzących do wielkiego kataklizmu🙂

Każdy jakimś odłamkiem zła dostaje. Jedni mają szczęście dostać mniejszym, innym oberwie się główną falą uderzeniową.

Pewna pani w szpitalu ładnie podsumowała to przysłowiowe wręcz pytanie odpowiedzią: „A co – wolałaby pani żeby to sąsiadka była chora?”

Trudno odpowiedzieć? A może właśnie łatwiej… ? Wstyd  byłoby powiedzieć „tak”, prawda? Owszem, wolałabym, żeby to nie było „ja”. Ale nieokreślone „ktoś inny” sprowadza się zawsze do konkretnej osoby. I nie jestem w stanie – moje sumienie nie jest w stanie – przerzucić tego ciężaru na tego konkretnego kogoś, nawet gdybym mogła.

Jest jeszcze jedna istotna rzecz: zawsze dostajemy tyle sił, ile będzie nam trzeba. Nawet nie wiemy ile ich w sobie mamy, dopóki nie przyjdzie chwila próby. Wierzę, że ciężary tego świata zawsze trafiają na odpowiednie barki🙂 Jestem przekonana więc, że zostałam wyposażona do stawiania czoła pewnym zdarzeniom i dziękuję za ten ekwipunek Bogu.

A więc – nie „dlaczego ja?”, a raczej „dlaczego nie ja?”🙂