Wyszłam w czwartek ze szpitala.

To była zdecydowanie moja najgorsza seria. Fatalne samopoczucie i osłabienie. Po raz pierwszy, wychodząc ze szpitala, nie byłam w stanie zejść po schodach. Dopiero wczoraj wieczorem doszłam do siebie…

Jak sobie pomyślę, że tak to będzie teraz wyglądać, to mi się odechciewa.

W dodatku lekarze uszczęśliwili mnie informacją, że nowy lek, który na szczęście (sic!) dostałam (moje geny nie wykazują jakiejś tam mutacji), idzie w cyklu tygodniowym. Tak więc w przerwie między szpitalem a szpitalem mam się jeszcze stawiać w… szpitalu, na dolewkę. Oddział dzienny, kilka godzin, ale i tak boli.

No.

Jak w każdej opowieści o super-bohaterach, musi być ten moment wyczerpania i paskudnej myśli, że „nie wytrzymam”. Potem się okazuje zawsze (w opowieściach, przynajmniej), że się wytrzyma, bo i co innego można zrobić?

W dodatku mam świadomość, że nadal nie jest u mnie tak najgorzej…

Plan na najbliższe dni: do wtorku cieszę się spokojem, we wtorek dam sobie w kolejną żyłę i poczekam na poniedziałek.

Sama pier***ona radość.