W niedziele o 18.30 w Warszawie rozpoczął się koncert Sir Eltona🙂

Mając już od dawna zakupione bilety wybraliśmy się w daleką drogę na ów koncert, ignorując kompletnie ostrzeżenia pogodowe, które pozostawiały cały czas jakieś okienko nadziei dla Warszawy. Cóż, siły natury widać nie lubią Sir Eltona, albo raczej jego fanów, bo kiedy po pięknym dniu zaparkowaliśmy samochód niedaleko stadionu, właśnie wtedy, jak na komendę, oberwała się chmura. To nie mógł być przecież przypadek, prawda?

Wściekłość niebios była imponująca – widać było jedynie białą ścianę wody, szarpaną wiatrem w dość przerażającym świetle błyskawic. Burza jakiej nie pamiętam. Nim dotarliśmy do najbliższej wiaty przystanku – a miałam i parasol i pelerynę przeciwdeszczową – nogi od kolan w dół spłynęły nam wodą do butów. Właściwie miałam ochotę się poddać i wracać do samochodu, lub iść do znajomych na herbatę, ale mąż chciał jednak na koncert.

No cóż, czego się nie robi dla męża. W mokrych spodniach, skarpetkach i butach dzielnie powędrowaliśmy na stadion kiedy tylko siły natury trochę odpuściły. Po drodze minęliśmy jakąś zmokłą kurę z głupim plakatem o Eltonie, Jezusie i gejach – nie bardzo wiem o co chodziło, ale było głupie.

Ze sceny Elton bardzo przepraszał za pogodę, ale wskórać niewiele mógł…

Za to śpiewał i grał stare dobre hity. Koncert uznałabym za świetny, gdybym nie mokła i nie marzła cały czas.

Po jakiejś godzinie męczenia samej siebie strachem przed przeziębieniem opuściłam męża i koncert na rzecz restauracji z ciepłą herbatą z cytryną. Tam spędziłam godzinkę, czekając na drugą połówkę.

Kiedy wsiedliśmy do samochodu, pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było ściągnięcie spodni, skarpet i butów. I tak w samych majtach, na bosaka, ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zahaczyliśmy o McDrive’a, żeby nie musieć wysiadać z wehikułu :]

Wtorek: nie jestem przeziębiona!😀