Poweseliliśmy się. Po chyba 15-tu latach wspólnego pożycia nasi przyjaciele postanowili wziąć ślub :]

Taką okazję trzeba uczcić należycie, więc balowaliśmy do 1 w nocy, a potem do… 7 rano na after-party.Panna młoda miała piękny kok z czerwonymi różami, czerwoną suknię z falbanami i czarną biżuterię. Flamenco, normalnie. Cud, miód i orzeszki.

Uroczystość jak najbarziej udana, kilkadziesiąt osób, właściwie sami znajomi.

Mama pana młodego cudnie go zawstydziła opowieściami z nieznanego nam dzieciństwa wyżej wymienionego. Ubaw po pachy :] Pan młody zdołał, niestety, powstrzymać babcię przed dokładaniem do pieca…

Na/po imprezie skonałam niemal zupełnie, tym bardziej, że musiałam o 10.30 wstać żeby wyprawić się do szpitala. Byłam ledwo przytomna, ale co się ubawiłam, to moje. Wczorajszy dzień przespałam niemal cały, szpitalna noc – standardowo – nieprzespana prawie.

Właśnie przed chwilą podpięli mnie do rureczki. Powiem Wam, że na weselu było jednak fajniej😉