Wyprawa do zaprzyjaźnionego miasta kultury była jak najbardziej udana. Kolega M. przjął nas z otwartymi ramionami, jego kot – również. Przepocieszne swtworzenia (oba)😉

M. ma łazienkę przypominającą salon kosmetyczny. Serio. Nawet ja, która jednak mam tych kosmetyków trochę, mogę się schować z moją kolekcją. M. może nie mieć na chleb, ale włosy nalakierować trzeba :]

Koncert był świetny. Niby usnęłam czekając na występ(oczekiwanie trwało 2 godziny), ale warto było czekać. Spodziewalśmy się głównie kawałków z najnowszej płyty Get Lucky (polecam – rewelacja), a koncert składał się przede wszystkim ze starych hiciorów Dire Straits🙂 Super było. Trochę było mi żal, że nie usłyszałam So Far from the Clyde i You Can’t Beat the House, ale jakoś przeżyję😉 Mam na płycie.

Dla chętnych:

W każdym razie – pan Knopfler stary, ale jary :]

Wrocilim w niedzielę po południu, poszlim zagłosować w ramach obowiązku obywatelskiego, a potem obejrzelim Toy Story 3. Nie jest jakieś bardzo zabawne, ale bajka sympatyczna i bardzo wychowawcza :] Wychowaliśmy się więc.

No.

A teraz jestem hospitalizowana do czwartku.