Właśnie nadszedł. Rano przyszła pani doktor i zapytała, czy coś jadłam. Ja, że tak. Ona przewróciła oczami i mówi, że miałam iść na USG brzucha. No to ja, zdziwiona co się dzieje – że nikt mi nie powiedział.
„No jak to, doktor pani wieczorem nie mówił?”
Ano nie (doktor C. zapewne dostał ochrzan potem).
No więc mam czekać kilka godzin na USG, bo zjadłam drożdżówkę.
Pytam, czy dostanę dziś chemię, a pani doktor, że ma być USG, bo brzuch coś nawala
(to wiem, bo sama zgłaszałam małe kłopoty), markery rosną, a ja WYMUSZAM chemię. Nie ma to jak dobry
sposób na przekazywanie nowin:/
Odpowiadam, że nic nie wymuszam, tylko chcę wiedzieć. Ale dalej nic nie wiem. Czekam na USG i jestem przestraszona. Czuję się w dodatku potraktowana jak ludzio-przedmiot. Nikt nic mi nie mówi, nie ma czasu pogadać, bo wszyscy zajęci. Połowa lekarzy na urlopach i jedyne czego można się spodziewać to ochłapy informacji rzucane bez szczeólnej troski o moje samopoczucie. Jak zwykle.
A to przecież JA się leczę. Przecież ten szpital, ta służba zdrowia jest DLA MNIE. Tylko że wszyscy o tym jakby zapomnieli.
Boję się.

UPDATE:
Zrobili mi dziś tylko prześwietlenie płuc. USG będzie jutro rano:/ Bo dziś już nie było terminów. Więc super – siedzę tu już drugi dzieień i mam Roentgena płuc zrobionego. Co za wydajność.
Lekarka nic mi nie powiedziała, a na skierowaniu na prześwietlenie napisała, że jest jakiś guz podbrzusza. Mam nadzieję, że się pierońsko w macaniu pomyliła.