Tak, nazywam to wyzwaniem. Bo jestem mega-tytan. Nie mam problemów, tylko wyzwania. Wiecie jak to ułatwia życie?
USG wykazało, że mam kurewsko (proszę wybaczyć język, ale jest bardzo adekwatny) wielki guz w miednicy mniejszej, gdzieś w otrzewnej. 14x9xileś_tam centymetrów. Urósł w trzy cholerne miesiące! Guz po byku. Guz monstrum. Guz zło.
Fatalne myśli minęły wczoraj. Jeszcze dziś rano miałam nadzieję, że może to pomyłka i takie tam… Ale już wiedziałam, że może być kiepsko.
No i zrealizował się scenariusz – napsuło mi buzię, raka nie ubiło.
Plan jest taki, wstępnie, że dostanę inną chemię, tym razem doustną. W programie klinicznym. Fajno by było, gdyby nie było skutków ubocznych, bo bym miała wolność!!!!!! Od szpitala. No i buzia mi się wygładzi🙂 I znów będę chora i piękna, zamiast chora i brzydka😉 Lepszy rydz, niż nic.

Jestem specjalistą od szukania szczęścia w nieszczęściu i odsuwania od siebie złych myśli.
Jutro jeszcze mam USG ginekologiczne, w poniedziałek tomografię no i zapadną ostateczne decyzje.
Nic. Stało się. Jest jak jest i trzeba do przodu.
Pani doktor z którą rozmawałam jest tą panią doktor, z którą lubię rozmawiać. Wyjaśni, odpowie, pokaże opcje i nie traktuje mnie przy tym jak półgłówka. Szacun. Pogadałyśmy nawet o terapiach alternatywnych. I nie powiedziała mi, że na pewno umrę😉 No, ja nie pytałam, czywiście. Bo każdy na pewno umrze, a kiedy? No kiedy przyjdzie czas.

Mam w pokoju taką panią, która jest pierwszy raz na chemii. Wykryli u niej raka w styczniu. A ona nie poszła na chemię, bo „się dobrze czuła”. No ja pierniczę… żebym tak marnować swoje szanse – aż żal. I ona cały czas „nie jest wewnętrznie przekonana do chemii”. Taaa, ma się ten wybór – umrzeć na pewno, albo może spróbować powalczyć.