U mojego ordynatora trudno się dowiedzieć czegokolwiek. Łącznie z tym, która godzina. Człowiek dusza, ale odpowiedzi na pytania tak go męczą, że aż żal się człowiekowi robi.

No więc moja turbo-teściowa, która jest małym samochodzikiem jak chodzi o inicjatywę, umówiła się na dziś z panem konsultantem wojewódzkim. Poszłyśmy. Pan konsultant lubi mówić. O rany – co za radość!🙂

Wytłumaczył mi, że Xeloda to stężony fluorouracyl, czyli dla mnie nic nowego. Zalety ma trzy:

1: Bierze się ją przez dwa tygodnie, w tabletkach, potem tydzień przerwy i znowu dwa tygodnie i tak dalej. Ponieważ jest to lek powstrzymujący podział komórek, to w ciągu dwóch dni pod kroplówką załapie się za to mniej komórek niż w ciągu dwóch tygodni.

2: Jest mocniejsza.

3: Działa tylko w wątrobie i w komórkach rakowych, więc oszczędza inne narządy.

Spróbujemy.

Pan doktor przedstawił mi też inne opcje:

1: Vectibix (Panitumumab), który działa podobnie jak Cetuximab, ale jest zbudowany całkowicie z komórek ludzkich, w przeciwieństwie do tego drugiego, który może być odrzucany przez organizm jako ciało obce (nic pewnego, ale jest taka teoria).

2: Badania kliniczne III fazy dla nowego leku, które są w końcowej fazie załatwiania. Jeśli Xeloda nie spełni oczekiwań, to może uda mi się na nie załapać, bo „chętnych” będą zbierać do końca roku, a może i dłużej.

No.

Tyle wiem. I jeszcze parę drobniejszych rzeczy. Czuję się mądra, choć mojego stanu zdrowia to nie poprawia…

PS

Byłam dziś na rolkach z mężem. Spotkaliśmy kolegę ze studiów, mojego kolegę z liceum i kolegę ze ścianki/mojej pracy🙂