No właśnie.

Powiększyło się na wątrobie, nie jakoś strasznie, ale jednak, w płucach zmiany nie bardzo się powiększyły, ale za to dużo ich przybyło. Na nadnerczu jakiś badziew 2,5 cm,  powiększone „wiele” węzłów chłonnych w przestrzeni okołoaortalnej, no i bydle w brzuchu, które jest całkiem spore.

No. Cudnie. Dobrze, że się nastawiłam na katastrofę, to nie czuję się zdepresjonowana.

Z wynikami poleciałam do ordynatora, który mnie obeznał z dalszym leczeniem. I w dodatku był tym razem bardzo przystępny i miły🙂 Między innymi wręczył mi plik papierów i mówi:

„Ja wiem, Kasia, że ty lubisz wszystko wiedzieć. No to ci wydrukowałem informacje o tym badaniu klinicznym, na które idziesz.”😀

Cool, nie?

Poza tym Pan Doktor ma w gabinecie wielką kolekcję starych aparatów fotograficznych. Imponująco dużą, imponująco starą, nawet z imponująco wielkimi eksponatami. Wow.

Jutro mam się stawić na badanie krwi, w przyszłym tygodniu zapewne położą mnie do szpitala na badania i próbę tablet, no a potem będę śmigać na Xelodzie, jak wszystko pójdzie dobrze.

Mam takie marzenie: biorę tablety, nie ma skutków ubocznych (ponoć najczęściej nie ma), nie łażę do szpitala na kroplówy i leki DZIAŁAJĄ, do k..wy nędzy!

A dziś idę do kina na film o wspinaczce.