Siedzę sobie pod gabinetem ordynatora, przechodzi jego zastępczyni i pyta:

„Czy Katarzyna poczeka chwilkę?”

„Katarzyna czeka cały czas i poczeka ile będzie trzeba.”

„No to jak poczeka, to jej załatwię lek.”

Pytajniki w głowie namnożyły mi się z prędkością światła i wyraziłam je pytaniem dość oczywistym:

„Ale jaki lek?”

„No jak to, Xelodę.”

Wow… – takie właśnie uczucie wtedy miałam😀

Wchodzę do ordynatora. On mówi:

„Siadaj Kasia, dziecko.”

Po czym dodaje:

„Zaraz Cię do pani P. (to ta zastępczyni) zaprowadzę, bo nie mając dla ciebie żadnych lepszych rozwiązań, postanowiliśmy, że się napniemy i zakupimy dla ciebie tą Xelodę.”

Oj, aż mnie wzruszenie w dołku ścisnęło. Tak normalnie lekarze ganiają jak z piórkiem i trudno u nich ludzkie uczucia zaobserwować. Ale teraz wiem na pewno, że im bardzo zależy. Naprawdę robią dla mnie co mogą i jestem im za to bardzo wdzięczna🙂

Tak więc wróciłam do domu z pudełkiem Xelody :] Zaczynam ją brać od jutra. A teraz muszę się jeszcze raz kopnąć do szpitala, bo pani doktor, z wrażenia chyba, pomyliła dawki…