Dziś rano zwlokłam się o ósmej. Niewyspana jak cholera, bo mnie o circa 4.30 obudziła Lady Zgaga. Potem niby zasnęłam, ale snem lekkim, niespokojnym i generalnie gówno dającym, poza szybszym upływem czasu do rana.

Pojechałam do szpitala, siostry wręczyły mi drugie tyle Xelody co dostałam wczoraj i powiedziały: „Trzy rano, trzy wieczorem.”

Z ulotki wynika, że pół godziny po jedzeniu. Więc jak wróciłam, zrobiłam sobie drugie śniadanie (jajecznicę, a co!) i łyknęłam z nabożeństwem pierwsze trzy tabletki. Objawów dotąd nie zanotowano. Relacje będą się pojawiać na bieżąco i mam nadzieję, że będę meldować zmniejszenie brzucha-balonika.

Czuję się jakbym była w ciąży z alienem. Obcy 5. W razie ataku kosmicznego może mnie oszczędzą. A zdychaj wreszcie, potworze!