Brzuch (na czczo, jak zażądano) znalazł się w szpitalu o poranku, godzina ósma za pięć. Powlókł się do okienka BIURO PRZYJĘĆ, gdzie ponoć miały na niego czekać papiery i wszystko, żeby od razu czołgać się na oddział. Oczywiście pani w okienku nic nie wiedziała (co usłyszałam po 15 minutowej rozmowie telefoniczne pani z okienka o fakturach) i odesłała mnie pod poradnię. Już wtedy długość życia zaczęła się brzuchowi wydawać mikroskopijna.

Na szczęście korytarzem przemknęła pani doktor, która poprzedniego dnia miała nas w d…. Złapałam ją, przekazała papierki do biura i przyjęli mnie.

Następnie był pokój przyjęć na oddziale. Przede mną była pani, która spisywała historię swego życia i trwało to pół godziny. Jedno z dłuższych pół-godzin mego życia, które cały czas ulegało, z punktu widzenia brzucha, gwałtownemu skracaniu.

Ja też musiałam spędzić pół godziny w pokoju przyjęć. Nie ma to tamto. Pani nawet usłużnie zaproponowała, że mogę sobie pochodzić skoro mi się źle siedzi. Popatrzyłam na nią wzrokiem pełnym ironii.

W końcu dostałam łóżko, na które padłam niczym na łoże śmierci.

Prosiłam lekarzy, żeby łaskawie rozważyli fakt, że jestem na Xelodzie, którą muszę jeść po śniadaniu. Skoro zaś mam być na czczo do zakładania drenu, to należałoby zabieg zrobić przed xelodowym śniadaniem, które jadam circa 9.30. No, 10 jeszcze by uszła.

Lekarze może i rozważyli ten fakt, co nie przeszkodziło im olać go zupełnie i wziąć mnie na stolik około 12, kiedy umierałam już również z głodu i pragnienia, a poranna Xeloda przepadła.

Pan doktor zaaplikował mi miejscowe znieczulenie, zrobił dziurkę, wsadził rurkę i zaszył. Do woreczka od razu spuścili 1.5 litra i brzuch przestał być napompowanym do granic możliwości balonikiem. Boże, jakie cudowne to było uczucie!

Po kilku godzinach znowu spuścili mi 1.5 litra.

W miedzyczasnie moja mama poszła poprosić o badania krwi, na co usłyszała, że zostanę przeniesiona do lepszego pokoju – z łazienką, dwuosobowego (ten pierwszy był na 3 osoby, bez łazienki). Nie wiem, może pan doktor uważał, że jak będę w dwójce z łazienką to mniej krwi sobie napsuję i badania będą niepotrzebne?

W każdym razie o badaniach ani słychu, tylko spuszczanie płynu co kilka godzin. Łącznie zeszło ze mnie 6 litrów! Wyobrażacie sobie?! Do tej pory nie mogę pojąć jak to wszystko się zmieściło w moim małym brzucholku…

Jak już ze mnie spuścili płyny to można było pomacać i ujrzeć paskudnego guza w całej jego obleśnej okazałości:/

Pierwszego dnia, po zabiegu, dostałam gorączkę. 39. No więc Paracetamol. Pomogło, temperatura zeszła do 38. Następnego dnia zrobili kurtuazyjny pobór krwi do morfologii jeno. Wyszło im, że nadmiar leukocytów, czyli jakiś stan zapalny. Temperatura dalej 38. Czopek z Pyralginy. Pomogło. Wszyscy się ucieszyli, że 36.7,  dostałam wypis na który czekałam chyba z 3 godziny, receptę na Augmentin  i siup do domu. Jakie to proste.

Mama rozmawiała z koleżanką onkologiem, która powiedziała, że w takim stanie nie powinni mnie wypuszczać ze szpitala, a już na pewno nie bez dokładnych badań krwi i jonogramu. 

Wczoraj po powrocie taksówą ze szpitala, którą tłukłyśmy się z mamą chyba z godzinę, taka byłam nieprzytomna i słaba, że leżałam w łóżku jak kłoda. Mama zawiozła mnie do siebie do domu, bo przecież mąż w pracy, a sama bym sobie nie dała rady. Tak więc leżę u mamy i dochodzę do siebie. Wczoraj – kompletna dętka. Dziś lepiej, nie mam już gorączki i nawet mogę coś napisać😉

A, zapomniałam o ważnej rzeczy: jestem teraz wyposażona w dren sterczący z boku brzucha i ma dołączoną metrową rurkę:/ Ponoć miał być jakiś kranik, a tak to będę łazić ze zwojami za paskiem, jak z lassem na wiewiórki. Ech… No i brzuch boli trochę nadal od tej dziurki – musi się zagoić.

PS

To był długi wpis, więc wesołe anegdotki z tych kilku dni zapodam w następnym🙂