Nadal się przewracam w łóżku u mamy i taty. Mąż jest na dochodnym🙂 Weekend spędza z nami. Jest lepiej, bez wątpienia, ale to jeszcze nie to. W nocy sypiam kiepsko, to zrozumiałe, brzuch pobolewa, popołudniami mam jeszcze temperaturę. Ale dziś wstałam po raz pierwszy do stołu na herbatę, więc jest postęp. Na hulanki się zdecydowanie jeszcze przez jakiś czas nadawać nie będę, ale powolutku, powolutku idziemy ku dobremu. Trochę mi dren przecieka. A wczorajszego wieczora przypomnieliśmy sobie z mężem dlaczego nie mamy telewizora. Mąż wpadł na pomysł, że może sobie jakiś film obejrzymy. Świetnie!, przyklasnęłam. Padło na Polsat bo tam akurat rozpoczynał się odmóżdżający film „Jaskinia”. Wiecie, jeden z tych, w których jakaś grupa gdzieś się wybiera i po kolei giną od szczęk wymyślnych potworów. Byliśmy zrozpaczeni i doprowadzeni na skraj załamania nerwowego, kiedy blok reklam chyba przekroczył długość fragmentu filmu przed nim. Chyba ze 30 reklam i to prawie wszystkie powtórzone po 2 razy (w tym samym bloku!). Kpina. Żenada. Bezczelność. I mnóstwo brzydkich epitetów. Nie mogę mieć telewizji. Zeszłabym na „syndrom reklamowy”.