Witojcie kochani. Mama mnie zmobilizowała cobym siadła i cosik skrobnęła😉

Rzeczy mają się podobnie jak się miały. Od niedzieli – nawrót temperatury. Do 38, ostatnio powyżej. Pojechaliśmy z rodzicami we wtorek do poradni onkologicznej, chociaż termin miałam na środę. Wyczekałam się z półtorej godziny aż mnie pani doktor przyjmie i uzgodniłyśmy, co już wcześniej sugerowali znajomi medycy, że trzeba zrobić badanie na posiew. Czyli ustalić, czy to nie jakieś bakteryjne sprawy z rurką.

Dostałam skierowanie do poradnii chirurgicznej, bo tam mi przecie zakładali rurkę. Uprzejmy pan doktor na szczęście nas przyjął, bez dyskusji pobrał próbkę, odkręcił mi rurkę i dał mi koreczek! I zapas rurek i koreczków😀 Złoty człek…

Dziś sę okazało, że bakteryj nie ma. Pan doktor w poradni chirurgicznej zapytał, czy chcę się kłaść na internie. Powiedziałam, że absolutnie nie, bo tylko bardziej się pochoruję, więc przepisał mi antybiotyk.

Słaba nadal jestem, więc głównie okupuję łóżko mamy. Czuję się jak rezydent-emeryt.

Mama dzięki mojej piekielnej wyobraźni stała się ekspertem od eksperymentów kulinarnych :] Wczoraj zrobiła sos słodko kwaśny. Ona zawsze marudzi, jak to większość mam, że nie umie i że jej nie wychodzi, a to, oczywiście, nie prawda. Sos wyszedł absolutnie fantastyczny😀 Zeżrę go niedługo z ryżem :]