Kiedyś ten dzień musiał nadejść. No ale od początku.

Zeszły tydzień przegorączkowałam. W czwartek albo piątek rodzice zawlekli me nędzne zwłoki do szpitala, do poradni chorurgicznej. Panie doktorze, gorączka. Posiew nie wykazał żadnych paskudów.

Pan doktor obmacał, popukał i pyta, czy chcę się położyć na internę. Ja, że w żadnym wypadku, bo na szpital uczulonam i ciężko na niego choruję. Antybiotyk poproszę. No to pan pomyślał i zapisał antybiotyka.

A tu niespodziewajka. Od powrotu do domu – 37 z hakiem. Mówię mamie, że czekam, może nie bedzie potrzeby szpikowania się tabletami. Następny dzień – 37 przekroczone wieczorem, więc czekam dalej. Następny dzień – wieczorem 37.1, leukocyty w normie. Hurra. A od wczoraj – poniżej 37. Organizm sobie dał radę – dzielny organizmek.

W poniedziałek, czyli wczoraj, wizyta na onkologii. Pani doktor zbulwersowana, że nie brałam antybiotyku., bo przecież mogła być jakaś infekcja. No mogła. Ale się zbyła. Tłumaczę jej, że skoro nie mam temperatury, to nie będę się na tydzień ładować w antybiotyk, bo mnie tylko osłabi. Nie była przekonana. Ech…

Mama się jej pyta o ziółka, które pijam na różne drobiazgi: trawienie, spanie i takie tam.

„Oooj, ja bym się jednak wstrzymała, bo zioła są metabolizowane przez wątrobę… Na trawienie to ja pani metaklopramid zapiszę.” Szczyt po prostu. Metaklopramid na pewno zdrowszy niż mięta – ta mi na pewno wykończy wątrobę. Lekarze to jednak ograniczone stworzenia bywają – jak coś nie jest w tabletce to nie ma prawa bytu. I to w tabletce przepisanej przez tego lekarza.

A potem było niemiło, bo mi pani doktor na spół z panem ordynatorem wyjaśniła, że Xeloda nie działa, więc już mnie nią nie będą truć. No i że oni nie mają mi nic dla zaproponowania. Hospicjum, jakość życia i takie tam. Dieta?

„A niech córka teraz je to co lubi.” Nie ważne, że córka lubi frytki i smażone bakłażany. I najchętniej zeżarłaby cuś z KFC. I bigmaka. JAKOŚĆ życia. Bo już ni ma co ratować.

Tak więc jestem w punkcie wyjścia. Mam wielkiego guza w brzucholu, takiego na 3/4 brzucha no i zaczynam szukać opcji.

A tak w ogóle, to wierzę w cud. Nie wiem za bardzo jak się to robi, ale podobno nie trzeba. No więc mam nadzieję, że może mi się trafi…

Zwariowałam chyba, bo oglądam programy kulinarne. Jem oczami. Właściwie pogotowałabym jakieś egzotyczne potrawy, ale moje brzuszne jajo nie ma tyle siły. Jeszcze trochę. Takie pychoty pokazują, że cierpię. Może w weekend trochę się zmobilizuję i z mamą coś upichcę :]

A wczoraj na pociechę po wizycie dałam sobie dyspensę i wciągnęłam frytki zmakdonalda. Boskie.