Taaaa… doskwiera mi nuda. Jak się nie da wyjść z doma, to się tak tkwi i tkwi i wogle. No ile można czytać książki? Ta, wiem, długo. Pod warunkiem, że nie jest to jedna z dwoch opcji, obok TV (jak mnie wpieprzają reklamy – grrrrr! Nie znoszę tego idiotycznego „jak to możliwe?!”, głupawych uśmichów, chichów, wrzasków ogłaszających zdobywanie szczytów kretynizmu). Leżeć mi się okrutnie nie chce. Wysiedzieć za długo nie mogę. I bądź tu mądry…

Ostatnio uczyniłam wysiłek i pojechałam z mężem do znajomych na film. W ramach treningu przed lotem do Francji. No, w ramach rozrywki również. Wytrzymałam próbowanie makaronu z owocami morza, krojenie arbuza, zjedzenie tegoż i pół filmu, takiego zakręconego – Mr. Nobody. I tyle. W sumie, z podróżą, 2.5 h. Więc może jakoś damy radę.

Może dziś pojadę sobie sprawić perukę :] Wprawdzie piórek jeszcze trochę mam, ale przy normalnej ilości moich włosów czuję się już łyso.