Literki polskie już mam :]

Wczorajszy dzień prawie caluśki spędziłam na nogach – osiem godzin! Najpierwej pojechaliśmy z malżowinkiem do Witka odebrać fantastyczne rustykalne, pseuda-marynarskie lampy zamówione, bagatelka, ponad pół roku temu. Pani się tłumaczyła, że z Portugalii jechały, na co ja jej wyjaśniłam, że Portugalia leży w naszej galaktyce i ostatnio leciałam stamtąd ze 2, 3 godziny. Pół roku to gołąb pocztowy na grzbiecie je wlókł. Przy czym zapomnieli mu nóżki rozwiązać.

Wracając zahaczyliśmy grzesznie o KFC, gdzie przymusiłam męża do zakupu niezdrowego posiłku i podjadłam mu trochę :]

Po lampach i wielkich korkach, w których tonie nasze miasto o każdej porze dnia, pojechaliśmy do naszego „naszego” domku. Tam zjadłam, wypiłam, poleżałam i wyszukałam wszystkie spodnie w które mogłabym wleźć bez szkody dla brzucha i dla wizerunku. Nazbierałam ich z 7 par. Przygotowałam też troszkę ubrań do wyjazdu, wygrzebując je z wielkiego skarbca na środku dywanu w salonie.

Wróciliśmy do domku rodziców. Przyjechał chrzestny z rodziną, więc się powymądrzałam, zjadłam mnóstwo sałatki greckiej i w ogóle błyszczałam niby gwiazda na rodzinnym firmamencie (a wszyscy mi pozwalali i się zachwycali, bo jestem chora). Położyłam się z entuzjastyczną temperaturką 37.8 i spać nie mogłam.

W końcu, chyba z nudy, się udało.

PS

I mam fajne nowe botki z suwaczkami :]

A spodnie – wymyśliłam – noszę porozpinane, z szelkami.

Robiłam tomografię. Wyników, wierzcie mi, znać nie chcę.

Dziś mam kiepski dzionek i póki co – stan podgorączkowy, który wieczorową porą przejdzie w stan gorączkowy.