Ostatnimi czasy w badaniach krwi wychodziło mi, że część mojej pięknie się trzymającej hemoglobiny postanowiła zrobić jakieś wędrówki ludów i zaginęła w akcji. Na posterunku pozostało jedynie 7,5 jednostek, czyli trochę mało na standardy mego organizmu i nie tylko.

Pani doktor hematolog, i nie tylko, stwierdziła, że to podstawa do transfuzji. Wczoraj wynudziłam się więc niemiłosiernie na fotelu czekając aż wleje się we mnie pół litra nowych jednostek bojowych. Dupsko mnie bolało że ho, ho. Wzmocniło mię jednakowoż, tak myślę (nie dupsko, tylko krwawe działania bojowe).

Wieczorek spędziłam na Kazimierzu z Martitą, snując poważne rozmowy o życiu i śmierci nad naleśnikiem z budyniem i wiśniami.

Zostałam też zmotywowana do zapoznania się z wynikami tomografii  – ciekawość wygrała. W skrócie – jest gorzej niż było, to oczywiste, ale nie tak gorzej jak si ę spodziewałam. Nie ma nowych ognisk. Guzior brzuszny się rozpycha i powoduje większość usterek.

Czytam Kłamstwa Locke’a Lamory (wybaczcie, kamikadze, że dopiero teraz, ale księgi zagubiły się gdzieś w wirze walki). Świetne!