Witajcie. Wybaczcie mi te długaśne przerwy, ale mam niemoc. Taką konkretną. Wygląda to tak:

leżę. Wpatruję się w laptopa wzrokiem wielce intensywnym. Myślę sobie, że mogłabym wstać, sięgnąć po niego, usadowić się jakoś wygodnie z podparciem pod plecy, przykryć czymś nogi, poczekać aż się Windows załaduje i coś napisać. I jak tak sobie myślę, to moje ręce stają się coraz cięższe, sił mam coraz mniej, brzuch absolutnie nie zgadza się na rearanżację pozycji. I ja się poddaję. Nie mogę tego przełamać.

Być może, a nawet całkiem prawdopodobne, że mój punkt widzenia, jak chodzi o legendarny Paryż, jest nieco zaburzony przez upierdliwość brzuszyska. W każdym razie legendarności nie odczuwam, za to mnóstwo rzeczy mi się nie podoba.

Ruch na drogach.

Wygląda jak we Włoszech, mniej więcej, tylko głupiej. Francuzi nie patrzą jak jeżdżą. Ładuje się taki king of the road… oł, przepraszam – le roi de la route (czy jakoś takoś) tam gdzie mu się podoba i nie zaszczyci lusterka ani jednym spojrzeniem.

Jednoślady wyskakują w ilościach nieprawdopodobnych z miejsc nieprawdopodobnych. Na przykład rowerzystka próbująca przejechać skrzyżowanie pod prąd – nic nadzwyczajnego. W końcu to skrzyżowania są dla ludzi, nie ludzie dla skrzyżowań.

Knajpy.

Te osławione punkty rozdawania żywności są zazwyczaj byle jakie i z fatalną obsługą, która wytrwale cię ignoruje i zauważa dopiero kiedy zagrozisz jej ostrym sztućcem. Żując gumę wyraża wtedy wzrokiem swoją pogardę dla twoich potrzeb i łaskawie, broń Boże nie  spiesząc się, przynosi co trzeba.

Tak, są porządne knajpy. Za bardzo porządne pieniądze. Takie baaaaaardzo. Z najlepszymi kucharzami w Paryżu i takie tam.

Wieża Eiffla.

Symbol mojego zniesmaczenia.

Sama wieża – bardzo ładna, robi ogromne wrażenie. Ale spotkał miętam afront, więc jestem uprzedzona.

Dostałam od pani doktor papierek, że jestem chora i nie mogę długo stać. Ponoć zawsze wpuszczali chorych na ten papierek bez kolejki. A mnie – proszę: panowie grzecznie wytłumaczyli, że bez karty inwalidy nie wejdę.

Korona by gnojkom z głowy spadła jakby mnie puścili.

Byłam w takim stanie udręczenia ogólnego, że się popłakałam, wypiłam gorącą czekoladę, stwierdziłam, że w dupie mam tę całą wieżę i chcę do domu. Dałam się jeszcze namówić na knajpkę, ale była, jak zauważam powyżej, do bani.

Bita śmietana.

Otóż Francuzi nie mają pojęcia co to. Za każdym razem raczą mnie jakąś obrzydliwą, mdłą, białą mazią. Każde menu kłamie i następnym razem powiem to kelnerowi. O!

Jak więc widzicie, Paryż nie powalił mnie na kolana. Tak, pewnie mój stan ma na to wpływ.

Owszem, są miłe punkty. Notre Dame – ładna, ale prawda taka, że jak się widziało kilka katedr gotyckich, to widziało się właściwie wszystkiw. Hiszpańskie robiły na mnie większe wrażenie. Sacre Coeur – super z zewnątrz, w środku taki se kościół. Ogrody Wersalu – śmiech na sali. Pieskowa Skała ma ładniejsze.

Dopiero wczoraj pani Basia wzięła nas na objazd Paryża i zobaczyłam ten ładny Paryż. Luwr, pałace, Montmartre, Conciergerie i tak dalej. UWAGA: PODOBAŁO MI SIĘ!😉

No.

A z rzeczy zdrowotnych – nic. Pojutrze mam PETa. A tak poza tym czekamy aż upłyną trzy miesiące żebym miała ubezpieczenie. W tym czasie może dostanę Xelodę, żeby coś się działo, a może załapię sięw Polsce na badania kliniczne. Tylko wtedy na powrót do Francji muszę załatwić ubezpieczenie przez NFZ… Sama jeszcze nie wiem co lepsze i co zrobię. Na ten temat więcej będzie następną razą, kiedy się zmuszę do sięgnięcia po ten laptop na stoliku…😉