Najpierw „nie tylko”. Jest fajniejsze.

Bardzo adekwatnie do sytuacji najczęstszym miejscem naszych codziennych (no, prawie) spacerów stał się pobliski cmentarz. Bo najbliżej, bo ładny i zielony. Wielki teren pełen alej różnodrzewiastych. Nie jest przygnębiający wcale a wcale. Uznałyśmy zgodnie, że ogrody Wersalu bije na głowę.

Ostatnio odkryłyśmy na nim „chinatown”. Marmurowe pagódki z chińskimi znaczkami, jakieś kule, pałacyki, dziwactwa… Nawet delfiny na pomniku.

Mamy już plany zwiedzania dalszych części placówki – niedługo wyspecjalizujemy się, zrobimy uprawnienia i będziemy oprowadzać😉

No a teraz PET.

Prawie umarłam z głodu. Musiałam być na czczo, po 9 dostałam kontrast w żyłę i kroplówę. Kazali leżeć godzinę. Potem pół godziny jeżdżenia bez ruchu przez tubę tam i z powrotem, aż mi wszystko zdrętwiało, a jeszcze potem czekanie pół godziny na doktora, który „powie czy badanie się udało” i czy mogę w końcu zeżreć ratujące życie śniadanie. Na szczęście badanie się udało – i tak w wyniku śmierci głodowej delikwenta nie udało  by się go powtórzyć.

Wszyscy mnie pytali „Do you speak English?”, a po moim radosnym, pełnym ulgi „Yes”, okazywało się, że oni właściwie nie mówią. Szurnięci.

Po pecie jeszcze tylko godzina czekania i pani Basia zabrała zamęczonego niemal pacjenta i jego mamę do siebie do szpitala, mimo, że pacjent dziecinnie „chciał do domu”. Ale pojechał do następnego szpitala, co w sumie wyszło mu na dobre, bo ulokowali go w fajnym łóżku z automatyczną obsługą ułożenia, nakarmili obiadkiem i dali wypocząć.

Dziś rano dostałam Xelodę. Póki co – skutków ubocznych nie zarejestrowano.