Wczoraj.

Wczoraj było kiepskie. Bolał mnie brzuch przez cały dzień, głownie z tego powodu, że to co weszło szlachetnym otworem fizjologicznym nie chciało wyjść tym mniej szlachetnym. Dopiero wieczorem sytuację uratowała pani Basia z czopkowym orężem w dłoni (nastąpiło przekazanie, rzecz jasna; wyszukane harakiri popełniałam osobiście).

Pomogło, ale brzuch się wymęczył więc zanim przestał boleć to trochę minęło.

W następstwie bólu brzucha bolały mnie też plecy, bo dużo leżałam, a moje plecy już mają tego dość i protestują momentami bardzo dobitnie. Jak nie urok to sraczka.

A z weselszych zjawisk – pan Emil objawił znowu swoje poczucie humor „z kamienną twarzą” (które osobiście uwielbiam), zapraszając nas (i kota) na własnoręcznie przyrządzony obiad:

„Koty, baby i różne takie świństwa – do stołu!”

Urocze, prawda?😉

No i jeszcze mała małżeńska rozmówka:

Pan Emil: “Pani Basiu, co pani robi na podlodze?”

Pani Basia: „A bo ja stad lepiej widze…”

Dzisiaj.

Dzisiaj było dużo lepsze. Przedpołudnie spędziłam w łóżku męcząc się plecami – lenistwo to zadziwiająca rzecz. Po obiedzie wybrałyśmy się z mamą do centrum handlowego, do Carrefoura. Ja sobie posiedziałam na kanapie w holu i obserwowałam lud Boży, a mama w tym czasie robiła zakupy.

Całkiem ciekawie mi się gapiło na ludzi – są tacy różni i kolorowi…

Wycieczka trwała półtorej godziny, co należy do rekordów ostatnich dni i zakończyła się, oczywiście, bólem pleców. Teraz nie mogę sobie miejsca znaleźć, bo plecom się nic i nigdzie nie podoba.

A poza tym chyba włączę sobie odcinek „The 4400”.