Czy mając raka można jeszcze mówić o pechowym weekendzie? No można.

Przyleciał mąż, miało być cudownie. I było cudownie – że przyjechał. Na tym koniec cudowności.

Brzuch zorganizował krucjatę i od sobotniego poranka bolał. Dla podkreślenia swego stanowiska postanowił mnie też wyrzygać. Siłą rzeczy dostał potem to, czego widocznie chciał – konanie z dyskretnymi jękami w łóżku.

Wieczorem zacisnęłam zęby i zwlokłam brzuch na przewidziane atrakcje: Białą Noc, czyli iluminacje paryskich budowli, awangardowe świetlne pokazy i instalacje i takie tam. Pojechaliśmy, brzuch wytelepało, przebijaliśmy się przez dzikie tłumy mające za nic uliczną sygnalizację świetlną, a z awangardowych iluminacji udało się wypatrzeć jedynie… podświetlony witraż katedry Notre Dame. Klęska. Kolejny kop w dupę od Paryża.

W niedzielę czułam się słabo i stanowiłam fatalną, jęczącą kompanię, co mój mąż cierpliwie znosił. Dopiero wieczorem postanowiłam – i to niezwykłą siłą woli – na chwilę odłożyć umieranie i zwlec niedoszłe zwłoki z łóżka. Zabraliśmy wózek inwalidzki i pojechaliśmy do lasku Vincennes. Całkiem przyjemne miejsce. Tyle tylko, że nie miało asfaltowych alejek i na ziemno-kamienistych dróżkach wózek trząsł niemiłosiernie. Ale przynajmniej jako ławeczka się spisał.

A dziś? O ironio! Mąż poleciał, a ja kondycję miałam całkiem, całkiem. No i jak tu nie mówić o pechu?

PS

Nad ranem śniło mi się, że Kamikadz podarował moim rodzicom 4 malutkie yorki. Szczeniaki. Potem przyszedł skontrolować czy aby mają należytą opiekę. Wyciągnęłam pieski z ich lokum – szczeliny między łóżkiem a szafką nocną, o co mama się zdenerwowała, bo nie powinnam przerywać ich sielskiej egzystencji. Wyjaśniłam, że Kamikadz musi je obejrzeć, więc jakoś się uspokoiła. A Kamikadz brał pieski po kolei i uważnie oglądał :]

A potem mąż mnie obudził żeby się pożegnać😉