Taa… mądre, wierzące w Boga i spółkę głowy nazwą to może kryzysem wiary. A ja nie uważam, że mam kryzys wiary. Ja po prostu nie wiem jak to wszystko działa, a mam bardzo silną potrzebę zmiany tego stanu rzeczy. Nie wygląda na to żeby cokolwiek w tym względzie ode mnie zależało.

Zacznijmy od tego, że jestem człowiekiem świadomie, choć nie bez kłopotów, wierzącym. Jestem właściwie jednym wielkim zbiorem pytań, na które na ogół nie uzyskuję odpowiedzi i fakt, że wierzę jednak w ich istnienie i sens jest już sam w sobie cudem.

Ostatnio tracę cierpliwość. Tę resztkę, która gdzieś się tam ostała.

Codziennie odmawiamy rodzinnie nowennę do Matki Boskiej Gidelskiej, zwanej Uzdrowieniem Chorych. Zdaje się, że niewielkiego ich procenta,nie wiem na jakiej zasadzie wybieranego, no ale mniejsza z tym. Daję radę wierzyć, że mogę się załapać, choć ostatnio zamiast coraz lepiej, jest coraz gorzej. Jak działa takie uzdrawianie – nie mam zielonego pojęcia. Ale się twardo modlimy, bo może jak nie żarliwością i przenoszącą góry wiarą, to może natręctwem, na zasadzie „Synu, daj jej wreszcie to zdrowie, bo nerwicy dostanę…”

Ostatnio w nowennie był tekst o Kanie Galilejskiej i przemienieniu wody w wino. I ja sobie myślę: to na imprezce szybko było organizowanie cudu, bo się napoje wyskokowe skończyły, a o zdrowie i życie to przez rok można prosić…?! Ładne kwiatki.  Dlaczego akurat taki przykład sobie Maryja wybrała nie mam pojęcia, bo znikomość wagi problemu mnie zwala z nóg. W każdym razie sami widzicie: nic z tego nie kapuję. Żeby mi chociaż dała jakiś sygnał, powiedziała jak polski lekarz „proszę czekać!”… A tu nic. Nie wiem co jest grane.

W dodatku mam problem z pogodzeniem dwóch kwestii: „Proście, a będzie wam dane” i „Niech będzie wola Twoja.” No to jak: mam prosić, czy się zgadzać na wszystko? Czy prosić z nadzieją, że akurat to o co proszę jest w planie do zrealizowania? Ale wtedy – po co prosić? Przecież tylu ludzi prosi, a Pan Bóg i tak wie lepiej i robi po swojemu. Jaki sens ma więc proszenie?

Hmm, chyba widzę haczyk: w zdaniu „Proście, a będzie wam dane” wcale nie jest powiedziane co będzie nam dane. Ot i cała zagadka.To jak wsadzanie ręki do pudła z dziurą – coś tam z niego wyciągniemy.

Tak, wiara mi pomaga. Tak, jak zawsze generuje dużo problemów. I nie wiem czy się na mnie w niebie nie obrażą. Denerwuję się i proszę dalej – może chociaż to zmęczenie materiału zadziała… Tylko czy Bóg się męczy?