Nadal.

I mam nadzieję na utrzymanie tego stanu jak najdłużej.

Nie odpisałam na wszystkie uzbierane komentarze, bo było ich tyle, że się pogubiłam i zmęczyłam🙂 Ale za wszystkie dziękuję, są dla mnie ważne. Piękne dzięki za odzew na KOPR – mnóstwo się dzieje!

Z newsów – wyrwali mi zęba. Zachodu było mnóstwo, bo rak, bo Xeloda bo cuda na kiju i każdy się bał, ale w końcu poszło. I to książkowo. Rwanie nie bolało, poza ciśnieniem, bo pani musiała zęba wyważać – nie było za co ciągnąć. Myślałam, że fotel mi się pod tyłkiem rozstąpi. Krwawiło mizernie, szybko przestało boleć, następnego dnia nawet zaczerwienienia nie było. Dziś ściągnęli mi szwy – elegancja francja. Antybiotyków nie brałam, choć kazali, bo paskudne i rzygliwe, smarować specyfikiem nie smarowałam, bo gorzki, i jakoś poszło. Głupi ma szczęście. Ekhem.

Czuję się lepiej, choć plecy mi nawalają. W związku z tym, że trudno ten ból wyeliminować tabletami „typowymi”, przechodzę na morfinkę. Będę się sztachać, panie dzieju.

No i od jutra startuję z nowym doustnym lekiem zwanym Tyverb (lapatynib). Stosowany głównie przy raku piersi, ale lekarze postanowili spróbować, czy zadziała u mnie. Tak więc spróbujemy.