Wczorajsza noc była koszmarem. A w ogóle – mówiłam Wam, że przedwczoraj śniło mi się, że mnie brzuch boli? Paranoja.

A wczoraj mnie brzuch bolał całkiem naprawdę i nie śniło mi się nic, bo prawie nie spałam. Czopki, mini lewatywki for bejbis, laktuloza i takie tam odkorkowujące wynalazki pomogły dopiero dziś. Opóźniony zapłon jest fatalnym zjawiskiem (no, chyba, że do mnie strzelają, ale jesteśmy w innej bajce). Z drugiej strony – lepiej późno, niż wcale.

Plecy mnie tak męczyły, że prawie przez całą noc włóczyłam się zgięta w pół niczym Quasimodo po mieszkaniu jęcząc jak potępieniec i co jakiś czas zrywając męża z łóżka:

„Tomciu, pomasuj…”

Rano pani Basia wylała miód na moją znękaną duszę, każąc wziąć podwójną dawkę morfiny. Oooo… jakie życie stało się piękne (po kolejnej godzince męki)! Pojechaliśmy zrobić tomografię. Się zobaczy co tam słychać w bebechach.

Wieczorkiem postawiłam się mojej mamie i łyknęłam znowu dwie tabletki morfiny, ignorując paniczne jęki rodzicielki, że na pewno przedawkowałam, zapadnę w śpiączkę i rano się nie obudzę.

Póki co jeszcze nie zasnęłam, ani snem wiecznym, ani tymczasowym (choć oczki mie się kleją, więc niedługo odpłynę), a za to mnie nic nie boli. Pełnia szczęścia :]