Wycieczka nad morze była bardzo udana. Wprawdzie sama podróż mnie zmęczyła, ale warto było.

W drodze „tam” złapaliśmy gumę i Tomek zmieniał koło. Dojechaliśmy już całkiem po ciemności, ale jeszcze nam w restauracji hotelikowej sprzedano garnek małż z sosem, po normandzku :] Ponieważ słabo się czułam pan był tak miły, że załadował wszystko na tacę i przytransportował nam do pokoju.

Obsługa baaaardzo miła, hotelik klimatyczny.

Całe miasteczko jest urocze, bardzo malownicze, zwłaszcza pod koniec listopada, kiedy nie ma tłumów turystów.

(Oj, jak mi się oczki kleją…)

Trafiliśmy szczęśliwie na piękną pogodę, zrobiliśmy sobie wycieczkę na klify. Przepiękne miejsca.

To ja. Mój tył, konkretnie. Przodem podziwiam widoki.

Po spacerku ruszyliśmy autem w kierunku Fecamp, tam znowu pospacerkowaliśmy podziwiając Pałac Benedyktyński.

Na koniec, przez Le Havre wróciliśmy do dom. Zmęczona byłam koszmarnie, ale podobało mi się.